Łączna liczba wyświetleń

sobota, 13 września 2014

Segregacja, czyli dlaczego nie wyrzucamy tego, co tak naprawdę przeszkadza?

     Ponieważ bałagan panujący w moich czterech kątach przekroczył już trzykrotnie moje granice tolerancji, postanowiłam się wziąć konkretnie i porządnie za sprzątanie. Do czynności tej przygotowywałam się psychicznie bardzo skrzętnie i sumiennie. Od trzech dni wiedziałam, że dzisiaj moim arsenałem będą: ściera, zmywak i odkurzacz. Jak postanowiłam, tak zrobiłam i teraz moja powierzchnia mieszkalna lśni czystością. Jednak nie piszę tego, aby się pochwalić, ale by podzielić się refleksją i pytaniami (pewnie jak zwykle bez odpowiedzi), które nasunęły mi się podczas szorowania kosza na śmieci.
     Każda z nas ma jakiś tam poziom akceptowalnego bałaganu. Dla jednych to będą trzy talerze po kanapkach w zlewie, a dla innych coś, co potocznie nasze mamy nazywały „chlewem”. W pewnym momencie przychodzi taka chwila, iż uznajemy, że czas posprzątać i, tak jak w przypadku bałaganu, ta chwila przychodzi różnie – po godzinie od włożenia talerzy do zlewu lub po potknięciu się, które jakimś cudem nie skończyło się otwartym złamaniem. W końcu sprzątamy. A jak to jest z naszymi życiowymi partnerami?
      Człowiek, z którym dzielimy życie jest dodatkiem do nas. Jest elementem, który wprowadzamy do naszego świata. Zwykle nie jest to prezent darowany przez starą ciotkę z Katowic, więc nasze początkowe zadowolenie jest dość wysokie. Tylko co się dzieje, jak ten drugi człowiek zaczyna nam przeszkadzać? Zaczynamy się  o niego potykać, przeszkadza, zawadza, wnosi więcej smutku niż uśmiechu. I wtedy zaczyna w naszej głowie kiełkować pomysł o porządkach. Jednak gdyby to było takie proste.
Rzeczy i śmieci nie mówią, nie powiedzą: „Ależ kochaaanie, miałem ciężki okres, no weeeź się nie wygłupiaj”. Nie poprzytulają, nie wzbudzą głębszych wspomnień. Dajemy więc szansę jedną, drugą trzecią, z myślą „a może się jeszcze przyda”.
     Zastanawiam się, czy wyuczone nawyki podczas sprzątania mają bezpośrednie przełożenie na związki. Jedni są nauczeni, aby wszystko, co niepotrzebne wyrzucać bez sentymentów i nie gromadzić śmieci. Inni segregują i zostawiają część „na wszelki wypadek”. Są nawet choroby psychiczne, jak zbieractwo, czy coś w ten deseń.
     Zwykle, kiedy przychodzi pierwsza myśl o porządkach pojawia się kolejna: „ale szkoda mi tych X lat”. Dla mnie osobiście to takie science-fiction, bo czasu nie da się cofnąć, ze względu na przeszłość mamy męczyć się w teraźniejszości? Wpadamy w panikę, że już nigdy przenigdy, że na zawsze same, że takiego drugiego itp. Ale czy na pewno? Skąd się bierze aura „niezastąpienia”? Czemu tak usilnie trzymamy się pazurami przeszłości i fajnych chwil nie widząc, że nasze „tu i teraz”, które właściwie jest najważniejsze, sypie się i marnieje? Czy zastanawiając się nad wyrzuceniem, bierzemy pod uwagę bardziej siebie, czy element wyrzucany? Jako dorosłe baby, nie powinnyśmy mieć sentymentu, bo przecież wyeliminowanie tego, o co wciąż rozbijamy nasz najmniejszy palec u stopy i ronimy przez to łzy, nie powinno stanowić problemu. A jednak. W takich chwilach włącza nam się dziecko – „Ale miś będzie płakał jak go wyrzucę!” ( zawsze można misia oddać, niech ktoś inny się pocieszy).
     Sentymenty, trzymanie się przeszłości i jakaś taka dziwna nieporadność występują zawsze, kiedy przychodzi nam się czegoś pozbyć. A wystarczyłoby spakować pudełko i pokazać drzwi- samo wyjdzie.          Zastanówmy się czasem poważniej nad porządkami w naszym życiu, bo nie warto spędzić go w bałaganie, nawet jeśli mamy na niego dużą tolerancję. Zmiany? Bywają, ale szybciej i zdrowiej jest doprowadzić stare, wysłużone krzesło do dawnej świetności, niż liczyć w głębi duszy, że „on się zmieni”. I – to chyba najważniejsze, czyż jako kobiety nie lubimy nowych rzeczy? J


P.S. Widzę po statystykach, że ktoś tu zagląda, bardzo mi z tego powodu miło :) Nie krępujcie się i komentujcie jeśli jakaś myśl przyjdzie Wam do głowy. Dodałam również możliwość powiadamiania przez e-mail o nowych postach (kolumna po lewej).